Język w krzywym zwierciadle popkultury: jak media zmieniają naszą mowę?

by Jan Roman
47 views
Od literackiej polszczyzny spikerów Polskiego Radia po TikToka i „slang generacji Alfa” – język mediów przeszedł w ostatnich dekadach prawdziwą rewolucję. Czy masowa kultura to wyrok śmierci dla poprawnej gramatyki, czy może naturalny etap ewolucji, który zbliża nas do siebie ponad granicami?

Jeszcze kilkanaście lat temu wzorcem polszczyzny byli lektorzy wiadomości i redaktorzy prasowi. Dziś to media społecznościowe, influencerzy i globalne trendy dyktują warunki. Dla Polaków za granicą, żyjących na styku dwóch lub więcej kultur, te zmiany są szczególnie widoczne – język polski, którym posługujemy się, nieustannie ściera się z dominacją angielszczyzny i dynamiką internetowych memów.

 Skrót, emocja i obraz

Kultura masowa kocha szybkość. W dobie „scrollowania” treści nie ma miejsca oraz czasu na rozbudowane frazy podrzędnie złożone. Język mediów stał się skrótowy i skondensowany. Zamiast opisywać emocje, używamy emotikonów i GIF-ów, które stały się nową, uniwersalną interpunkcją.

Największym „silnikiem” zmian jest jednak wszechobecny angielski. To już nie tylko zapożyczenia techniczne, ale cała struktura myślenia. Mówimy, że coś jest „contentem”, robimy „research”, a w pracy mamy „czelendż”. Pod wpływem mediów społecznościowych do polszczyzny przenikają kalki językowe, które zmieniają melodię naszego języka. Dla młodszego pokolenia Polonii ten „ponglish” jest naturalnym środowiskiem, ale dla językoznawców to sygnał alarmowy dotyczący ubożenia słownictwa.

 Demokratyzacja czy degradacja?

Dawniej media pełniły funkcję edukacyjną – „wysoka” kultura masowa aspirowała do poprawności. Dzisiaj media chcą być „bliżej człowieka”. Efektem jest brutalizacja języka i wszechobecny luz. Granica między tym, co wypada powiedzieć w telewizji śniadaniowej, a tym, co mówimy przy piwie z kolegami, niemal zanikła.

Zjawisko to ma jednak swoją drugą stronę. Dzięki kulturze masowej język stał się bardziej inkluzywny. Media promują zwroty, które dawniej były marginesem, a dziś pomagają opisywać nową rzeczywistość społeczną. Język mediów stał się poligonem doświadczalnym, gdzie stare zasady ścierają się z potrzebą ekspresji „tu i teraz”.

Mem – nowa jednostka znaczenia

Współczesna polszczyzna w mediach nie istnieje bez memów. To one wprowadzają do obiegu nowe słowa, które błyskawicznie stają się częścią codziennej mowy. Kiedyś cytowaliśmy „Pana Tadeusza”, dziś cytujemy wiralowe filmy z YouTube’a. To specyficzny kod kulturowy, który łączy Polaków na całym świecie – wystarczy jedno hasło, by wszyscy wiedzieli, o jaki kontekst chodzi.

Problem pojawia się wtedy, gdy język mediów staje się zbyt hermetyczny. Generacyjne bariery językowe rosną – rodzice coraz częściej potrzebują słownika, by zrozumieć, o czym ich dzieci piszą na komunikatorach. „Sigma”, „rel”, „delulu” – to słowa, które wyrosły w cyfrowym świecie i zdominowały podwórka, wypierając tradycyjne zwroty.

Jak ocalić polszczyznę w diasporze?

Dla nas, mieszkających poza Polską, ewolucja języka pod wpływem kultury masowej to miecz obosieczny. Z jednej strony, dzięki internetowi i mediom, mamy stały kontakt z „żywym” językiem, a nie tylko z zakurzoną polszczyzną z podręczników sprzed 30 lat. Z drugiej – łatwo ulec wrażeniu, że poprawność wypowiedzi nie ma już znaczenia.

Warto jednak pamiętać, że język to nasze najważniejsze narzędzie identyfikacji. Nawet jeśli w mediach króluje skrót i slang, dbałość o bogactwo słów jest formą dbania o własną tożsamość. Kultura masowa będzie się zmieniać, trendy znikną tak szybko, jak się pojawiły, ale umiejętność sprawnego i pięknego posługiwania się mową ojczystą pozostanie kapitałem, którego nie zastąpi żaden algorytm.

Katarzyna Lebiedziewicz