Franciszek Karpiński. Poeta, który szukał szczęścia w słowie

by Jan Roman
2 views
16 września 1825 roku w Chorowszczyźnie koło Wołkowyska zmarł Franciszek Karpiński. Odszedł człowiek, którego wiersze znała niemal cała Polska, choć jego własne życie dalekie było od poetyckiego spełnienia. Nazywano go „poetą serca”, „poetą zmysłów”, „kochankiem Justyny”. On sam pozostawił po sobie coś więcej niż zbiór popularnych wierszy – pozostawił poezję, w której uczucie stało się sposobem poznawania człowieka.

Karpiński urodził się w 1741 roku w Hołoskowie na Pokuciu, w rodzinie ubogiego szlachcica. Odebrał staranne wykształcenie w kolegiach jezuickich, studiował we Lwowie, gdzie uzyskał doktorat filozofii i nauk wyzwolonych oraz bakałarza teologii. Nie wybrał jednak drogi duchownej. Po studiach próbował różnych zajęć – podróżował, pracował jako nauczyciel na dworach magnackich, a później prowadził życie ziemianina.

Jego spełnieniem okazała się jednak literatura. Karpiński należał do pierwszych poetów polskich, którzy tak wyraźnie przesunęli środek ciężkości poezji z wielkich idei ku człowiekowi i jego emocjom. W epoce Oświecenia, która wysoko ceniła rozum, on przypominał o czymś pozornie prostszym – o sercu.

Nieprzypadkowo w jednym z najbardziej znanych utworów pisał:

„Już się ma pod koniec jesieni,

już liście z drzew opadają…”

U Karpińskiego natura niemal zawsze ma swój drugi, wewnętrzny wymiar. Pory roku, światło, wiejski krajobraz, śpiew ptaków nie są tylko opisem rzeczywistości. Odbijają stan duszy. To właśnie jedna z najważniejszych cech sentymentalizmu – przekonanie, że świat można odczytywać poprzez własne przeżycia.

W „Do Justyny. Tęskność na wiosnę” poeta stworzył jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów miłosnej tęsknoty. Wiosna budzi świat, ale nie przynosi ukojenia człowiekowi, który czeka na ukochaną:

„Już się i zboże zieleni,

już się i łąki zielenią,

tylko me serce…”

W tych prostych słowach kryje się cały Karpiński. Bez wielkich deklaracji, bez retorycznych ozdobników pokazuje człowieka, który patrzy na odradzającą się przyrodę i jednocześnie doświadcza własnego braku. Natura żyje, podczas gdy jego życie uczuciowe pozostaje zawieszone w oczekiwaniu.

Paradoks polega na tym, że poeta miłości sam nie znalazł w miłości trwałego szczęścia. W jego biografii pojawiają się trzy Justyny. Żadna nie została jego życiową towarzyszką. Karpiński do końca życia pozostał samotny. Można więc powiedzieć, że pisał o miłości również jako o doświadczeniu niespełnienia. To, czego nie udało się osiągnąć w życiu, otrzymywało drugie życie w poezji.

Sława przyszła do niego jeszcze za życia. W 1780 roku wydał „Zabawki wierszem i przykłady obyczajne”, a później kolejne tomy poezji. Próbował życia w Warszawie, gdzie został sekretarzem księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego, ale szybko rozczarował się stołecznym światem. Powrócił na prowincję.

Od 1785 roku przebywał w Białymstoku, na dworze Branickich. To tutaj powstały „Pieśni nabożne”, wydane w 1792 roku. Ich siła tkwiła w prostocie. Karpiński potrafił stworzyć język religijny, który nie potrzebował uczonego komentarza. W „Kiedy ranne wstają zorze” pisał:

„Kiedy ranne wstają zorze,

Tobie ziemia, Tobie morze,

Tobie śpiewa żywioł wszelki…”

To już nie jest tylko literatura. To pieśń, która weszła w codzienne życie kolejnych pokoleń. Podobnie stało się z „Wszystkie nasze dzienne sprawy” oraz kolędą „Bóg się rodzi”. Karpiński, który był poetą indywidualnego przeżycia, potrafił jednocześnie tworzyć język wspólnoty.

W „Bóg się rodzi” zestawił sprzeczności, aby opisać tajemnicę narodzin Chrystusa:

„Bóg się rodzi, moc truchleje,

Pan niebiosów obnażony!”

Prostota tych słów jest pozorna. Za ich melodyjnością kryje się klasyczna poetycka konstrukcja oparta na paradoksie: wszechmoc przyjmuje postać bezbronnego dziecka. Karpiński potrafił mówić o sprawach wielkich językiem, który pozostawał bliski zwykłemu człowiekowi.

Nie był jednak wyłącznie poetą uczuć i religijnej zadumy. W jego twórczości pojawia się również doświadczenie historyczne. Poeta reagował na kryzys państwa i rozbiory. W „Żalach Sarmaty nad grobem Zygmunta Augusta” pisał:

„Oto mój dom, ojczyzna,

oto moje wszystko…”

Sentymentalizm Karpińskiego miał więc również wymiar obywatelski. Człowiek cierpiący z powodu osobistej straty mógł jednocześnie mówić w imieniu wspólnoty, która utraciła własne państwo. Jego poetyckie „ja” stopniowo przechodziło w „my”.

W 1818 roku Karpiński został właścicielem Chorowszczyzny. Tam spędził ostatnie lata życia, pracując nad „Historią mego wieku i ludzi, z którymi żyłem”. Było to podsumowanie życia, ale także próba zrozumienia własnej epoki. Zainspirowany „Wyznaniami” Rousseau, poeta zwrócił się ku pamięci – ku temu, co człowiek zachowuje w sobie, gdy wszystko inne zaczyna przemijać.

Karpiński zmarł 16 września 1825 roku. Jego życie nie miało romantycznego zakończenia. Nie znalazł wielkiej miłości, nie stworzył rodziny, nie doczekał się tego rodzaju szczęścia, o którym tak często pisał.

A jednak jego poezja przetrwała.

Może dlatego, że Karpiński dobrze rozumiał rzecz prostą i trudną zarazem: człowiek nie zawsze dostaje od życia to, czego najbardziej pragnie. Czasem pozostaje mu pamięć, czasem tęsknota, czasem kilka zapisanych słów. I właśnie one potrafią przetrwać dłużej niż spełnione marzenia.

Karpiński nie znalazł pełni w życiu. Znalazł ją w języku. Dlatego po niemal dwóch stuleciach nadal brzmią jego słowa – o miłości, która nie przyszła, o wierze, która dawała oparcie, i o ojczyźnie, której już nie było.

Aleksander Olszanski