Wigilijny sen o dawnych Kresach

by Jan Roman
113 views
Gdy grudniowy zmierzch kładł się błękitnym cieniem na bezkresnych polach województwa nowogródzkiego i poleskich bagnach, świat II Rzeczypospolitej zmieniał swoje oblicze. Na Kresach Wschodnich, gdzie polski dwór sąsiadował z białoruską chatą, Boże Narodzenie nie było zwykłym świętem – było misterium, w którym sacrum mieszało się z naturą, a surowość zimy z gorącym sercem gościnności.

Przygotowania do narodzin Zbawiciela zaczynały się, gdy tylko pierwsze szrony ścięły wody Niemna i Szczary. W wiejskich izbach i pałacowych jadalniach zapach woskowych świec mieszał się z aromatem wyschniętego tataraku. Pod śnieżnobiałe obrusy, tkane na domowych krosnach, wsuwano grube warstwy siana. Nie robiono tego jedynie dla tradycji – wierzono, że to zaproszenie dla Dzieciątka, by zechciało spocząć w kresowym domu.

W kątach izb, niczym milczący strażnicy przeszłości, stawały „diduchy” – snopy niewymłóconego żyta i pszenicy. W ich złotych kłosach, według miejscowych wierzeń, miały chronić się dusze przodków, które w tę jedyną noc powracały z zaświatów, by ogrzać się przy rodzinnym cieple. Na Białorusi granica między tym, co doczesne, a tym, co wieczne, stawała się wtedy cienka jak opłatek.

Uczta dla duchów i ludzi

Kiedy na mroźnym niebie rozbłysła pierwsza gwiazda, rozpoczynał się ceremoniał, którego reguły były niezmienne od pokoleń. Najpierw dzielenie się opłatkiem – białym chlebem miłości. Na Kresach często maczano go w miodzie, by życie w nadchodzącym roku było słodkie i wolne od goryczy.

Stół uginał się pod ciężarem dwunastu potraw, choć ich charakter był skrajnie postny. Królowała kutia – mityczne danie z obtłuczonej pszenicy, maku i miodu. To ona była łącznikiem między światami; gospodarz wynosił pierwszą łyżkę na próg, zapraszając na posiłek mróz, by ten nie niszczył zasiewów, lub duchy zmarłych, by nie czuły głodu. Obok pysznił się kisiel owsiany, gęsty i kwaśny, podawany z olejem konopnym, oraz ryby – od luksusowych szczupaków po skromne śledzie, które w tamtych czasach stanowiły fundament postnej kuchni.

Prawosławny sąsiad i katolicka Pasterka

Wyjątkowość świąt na kresowej Białorusi tkwiła w ich ekumenicznym duchu. Choć kalendarz juliański kazał prawosławnym sąsiadom czekać na swoje święta jeszcze dwa tygodnie, granice wyznaniowe zacierały się w obliczu wspólnego świętowania. Katolicy odwiedzali prawosławne domy, a prawosławni – często nazywani przez miejscowych „tutejszymi” – brali udział w radosnych przygotowaniach świątecznych swoich polskich sąsiadów.

Najbardziej malowniczym momentem była wyprawa na Pasterkę. Z odległych zaścianków i kolonii ruszały sznury sań. Przy blasku pochodni, wśród parskania koni i dźwięku janczarów, wierni sunęli przez ciemne bory. Kościoły, często drewniane, dymiące oddechem setek ludzi i pachnące jodłą, stawały się na tę jedną godzinę centrum wszechświata.

Echo świata, który odszedł

Po narodzinach Chrystusa nadchodził czas radosnego gwaru. Kresowe wsie ożywały dzięki grupom kolędników. Nie byli to jednak zwykli przebierańcy. Obok biblijnych Trzech Króli szły postacie wyjęte z ludowej wyobraźni: przerażający, kłapiący paszczą turoń, śmierć z kosą i figlarny diabeł. Śpiewano kolędy, w których polskie słowa przeplatały się z miękką, białoruską gwarą, tworząc unikalną melodię tamtych ziem.

Boże Narodzenie na Kresach II RP było ostatnim akordem świata, który wkrótce miał zniknąć bezpowrotnie pod gąsienicami czołgów i w pożogach wojny. Pozostało po nim wspomnienie bieli obrusa, smaku miodu i tej niezwykłej ciszy, która zapadała nad Niemnem, gdy cała przyroda zamierała w oczekiwaniu na cud.

Bożena Gurska