Cichy płacz, wielka moc

by Jan Roman
136 views
Kiedy mróz za oknem kreśli na szybach fantastyczne ogrody, a nad polami wschodzi pierwsza gwiazda, w polskich domach dzieje się magia. Nie bierze się ona z blasku świec czy zapachu choinki, ale z pierwszych, cichych dźwięków pieśni, która od pokoleń koi polską duszę. „Jezus malusieńki leży nagusieńki…” – te słowa to nie tylko tekst. To klucz do skarbczyka naszej wspólnej pamięci.

Melodia utkana z polskiej zimy

Wyobraźmy sobie mroźną noc sprzed dwustu pięćdziesięciu lat. W zaciszu klasztornych murów, gdzieś na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej, przy blasku dogasającej świecy, anonimowa dusza – być może siostra zakonna o wrażliwym sercu – spisała słowa, które miały przetrwać wieki. Nie szukała wielkich słów, nie budowała pomników z teologii. Szukała współczucia.

W tamtych czasach Polska, targana wichrami historii, czuła się jak to Dziecię w betlejemskiej stajni: opuszczona, wystawiona na mróz, drżąca z niepewności. Dlatego „Jezus malusieńki” nie jest radosnym wybuchem triumfu. To kołysanka skrojona na miarę naszych losów – smutna jak grudniowy zmierzch, a jednocześnie ciepła jak dotyk matczynej dłoni. Jej rytm to rytm kujawiaka, tańca, w którym radość zawsze miesza się z nostalgią, a stopa uderza o ziemię z taką samą siłą, z jaką serce tęskni za niebem.

Bóg w ubogiej sukmanie

To, co w tej kolędzie najbardziej porusza Polaków, to jej bezgraniczna prostota. Jezus nie jest tu potężnym Królem Wszechświata, przed którym drżą narody. To „nagusieńkie” niemowlę, któremu „zimno, nie dała mu matula sukienki”. W tym obrazie zawiera się cała polska wrażliwość – skłonność do opieki nad słabszym, solidarność w biedzie, rodzinne ciepło, które potrafi ogrzać nawet najzimniejszą stajenkę świata.

Dla naszych przodków na Kresach, którzy nieraz musieli opuszczać swoje domy, a ich cały majątek mieścił się w jednym tobołku, ta kolęda była lustrem. Widzieli w niej Boga, który stał się im bliski, bo stał się biedny. Śpiewając o twardym sianie i braku pieluszek, czuli, że nie są w swym cierpieniu sami. Że Niebo rozumie, co to znaczy chłód i niedostatek. To właśnie ta pieśń pozwalała przetrwać najcięższe zimy, dając nadzieję, że z największego ubóstwa może zrodzić się Zbawienie.

Głos, który nie zna granic

Choć bracia Golec i inni wielcy artyści śpiewają tę kolędę na najnowocześniejszych scenach świata, jej prawdziwa siła zawsze objawia się w małych pokojach, przy biało nakrytych stołach. Kiedy w Lidzie, Grodnie czy małej wiosce pod Wołkowyskiem rodzina zbiera się, by przełamać się opłatkiem, „Jezus malusieńki” staje się niewidzialnym mostem. Łączy nas z Krakowem, Warszawą i Zakopanem, ale przede wszystkim łączy nas z tymi, których już przy stole nie ma, a którzy tę samą melodię nucili nam do ucha w dzieciństwie.

Ta opowieść o płaczącym Dzieciątku jest jak polski język – przetrwała, bo była kochana. Nie narzucona, nie wyuczona z obowiązku, ale wyssana z mlekiem matki. Jest w niej zawarta skarga, ale i ogromna obietnica: że nawet najcichszy płacz zostanie usłyszany, a każda stajenka może stać się królewskim pałacem, jeśli tylko wypełni ją miłość.

Strażnicy świętego płaczu

Polacy na Białorusi, śpiewając tę kolędę w tegoroczne święta, myślą o niej jak o najcenniejszym klejnocie, który przemycili przez granice czasu i historii. Każda nuta tego „kujawiaka dla Boga” to świadectwo polskiej tożsamości.

Ta literacka podróż do źródeł „Jezusa malusieńkiego” przypomina, że nasza tradycja nie jest martwym zapisem w książce. To żywy płomień. I choć Dziecię w kolędzie płacze, to my, śpiewając mu, uśmiechamy się do siebie nawzajem, wiedząc, że dopóki ta pieśń trwa, dopóty trwa nasz wspólny, polski świat. Niech ten szept siana z betlejemskiego żłóbka przyniesie pokój, o jakim marzyło nagusieńkie Dzieciątko w tę jedną, jedyną, najświętszą z nocy.

Jezus malusieńki leży wśród stajenki
Płacze z zimna nie dała mu matula sukienki.
Płacze z zimna nie dała mu matula sukienki.

Bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła,
w który Dziecię owinąwszy, siankiem Je okryła
w który Dziecię owinąwszy, siankiem Je okryła

Nie ma kolebeczki, ani poduszeczki,
We żłobie Mu położyła siana pod główeczki.
We żłobie Mu położyła siana pod główeczki.

Dziecina się kwili, Matuleńka lili
w nóżki zimno, żłobek twardy, stajenka się chyli
w nóżki zimno, żłobek twardy, stajenka się chyli

Matusia truchleje, serdeczne łzy leje
O mój Synu, wola Twoja, nie moja się dzieje.
O mój Synu, wola Twoja, nie moja się dzieje.

Przestań płakać, proszę, bo żalu nie zniosę
Dosyć go mam z męki Twojej, którą w sercu noszę.
Dosyć go mam z męki Twojej, którą w sercu noszę.

Józefie stareńki, daj z ogniem fajerki
Grzać Dziecinę, sam co prędzej podpieraj stajenki.
Grzać Dziecinę, sam co prędzej podpieraj stajenki,

Pokłon oddawajmy, Bogiem go wyznajmy
To Dzieciątko ubożuchne ludziom ogłaszajmy.
To Dzieciątko ubożuchne ludziom ogłaszajmy.

Niech Go wszyscy znają, serdecznie kochają
Za tak wielkie poniżenie chwałę Mu oddają
Za tak wielkie poniżenie chwałę Mu oddają.