17 stycznia 2004 roku, w wieku niespełna 65 lat, zmarł jeden z najwybitniejszych twórców muzyki w Polsce – Czesław Niemen. O jego karierze rozmawiamy z Marią Szabłowską, niekwestionowaną ikoną dziennikarstwa muzycznego, prowadzącą tak znane programy i audycje, jak: „Muzyczna Jedynka”, „Magazyn Muzyczny Rytm”, „Muzyka nocą” i wiele innych.

Maria Szabłowska: Z Czesławem Niemenem poznałam się w młodzieżowym studio „Rytm”, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych minionego stulecia. To była redakcja Polskiego Radia, stworzona przez Andrzeja Korzyńskiego, wybitnego kompozytora i naszego fantastycznego szefa. Andrzejowi udało się stworzyć w Polskim Radiu młodzieżowe studio, w którym nagrywano przeboje z gatunku bigbitu. Był to normalny rock-n-roll, ale ta nazwa bardzo drażniła władze i trzeba było wymyślić jej zamiennik, żeby w ten sposób pomóc trochę tej muzyce zaistnieć w Polsce. Wtedy chyba Franciszek Walicki, zwany potem praojcem polskiego bigbitu, menedżer i autor tekstów, wymyślił tę nazwę: bigbit. Władze ją jakoś przełknęły. Do studia „Rytm” przychodziło nagrywać bardzo dużo muzyków, a ja ich tam poznawałam. Czesław Niemen miał naturę filozoficzną. On zawsze zastanawiał nad stanem tego świata. Jak zaczynał mówić, to nie o rzeczach dotyczących powszednich zdarzeń w życiu, tylko zawsze był kilka stopni wyżej nad codziennością. Przychodził często do Andrzeja Korzyńskiego, bo znaleźli taką nić porozumienia i bardzo często rozmawiali o muzyce. Myślę, że Czesław był bardzo wdzięczny Andrzejowi za te nagrania, bo on miał bardzo ciężkie początki kariery.
Portal ZPB: A dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że muzyka, którą tworzył była dosyć trudna i wymagająca. Nie był to bigbicik taki do tańca. W tamtych czasach, Niemen był bardzo źle odbierany przez publiczność, przez tych wszystkich, którzy potem zachwycali się jego piosenkami. Miał słaby odbiór, bo jego twórczość była chyba za trudna, zbyt skomplikowana dla ludzi. Kiedy poznałam Niemena, to wydawał się mi się człowiekiem trochę z kosmosu, ale w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Był bardzo dobrym człowiekiem. Na przykład, za wszystko co o nim wypisywali w prasie, nigdy nikogo nie skrytykował, nie dawał odporu, nie wściekał się. Podchodził do tego z pobłażliwością człowieka, który był jakby z innej bajki. Zresztą, jak zaczęliśmy nagrywać jego piosenki, to on część ludzi ze studia, przeciągnął na swoją stronę, w swój świat. Zaczęli Czesława lubić. Myślę, że odbiór społeczny wczesnego Czesława Niemena nie był tak pozytywny jeszcze z jednego powodu – on lubił niekonwencjonalne ubrania. Wyróżniał się nie tylko tym, jak śpiewał, ale i jak wyglądał, bo zawsze nosił jakieś fantazyjne chałaty, kapelusz…

– Ten początkowy, zły odbiór martwił Czesława Niemena?
– Bardzo. Mówił, że nic złego nie robi, a jednak nie rozumie, czemu tak źle go odbierają. Dla niego, wejście na polska scenę muzyczną było trudniejsze, niż dla innych ówczesnych artystów, bo generalnie bigbit był bardzo dobrze przyjmowany, nie tylko jako nowa muzyka, ale też jak muzyka, która jest w kontrze do PRL-owskiej rzeczywistości kulturalnej. Czesław powinien więc być noszony na rękach – miał ten oryginalny głos i wszelkie atuty, żeby być numerem jeden, którym zresztą był od początku, ale… jakoś publika nie umiała go zaakceptować. I wtedy Wojtek Młynarski, który studiował polonistykę i pisał dyplom z Norwida, przyniósł mu tomik poezji poety. Czesław wziął się za te wiersze. I to było dla niego nowe otwarcie. „Bema pamięci żałobny rapsod” powstał w studio „Rytm” i przez długi czas, ten właśnie utwór, był na czele listy przebojów. Mieliśmy wreszcie niesamowity odbiór młodych słuchaczy. Kartki pocztowe od ludzi przynoszono w workach. Ten „Rapsod” był punktem zwrotnym w karierze Niemena. To był absolutny przełom.
– Czesław Niemen pochodzi ze Starych Wasiliszek, dzisiaj małej wsi na Białorusi. Czy wspominał o tym?

– To właśnie od niego po raz pierwszy usłyszałam nazwę tej miejscowości. Z sentymentem wspominał miejsce dzieciństwa i swoje korzenia. Ale on był też strasznie szczęśliwy, że udało mu się wyjechać i wejść w świat polskiej piosenki, spotkać wielu ciekawych ludzi. Myślę, że Czesław tęsknił za miejscami swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Ale miał świadomość, że gdyby stamtąd nie wyjechał, to nie byłoby Czesława Niemena, jakiego znamy. Dla niego, było szczęściem to, że mógł znaleźć się w Polsce, która wtedy nie była wolnym krajem, ale w porównaniu z Białorusią, były to jednak dwa światy. Czesław trafił na czas nowej muzyki. I to jest dzisiaj szczęściem dla całej polskiej kultury.
– Czy można powiedzieć, że Czesław Niemen był człowiekiem wyprzedzającym swoją epokę?
– Absolutnie. Był człowiekiem, który nie bał się mówić o tym, że awangarda musi wyprzedzać swój czas. Nie patrząc na to, że naraża się na krytykę, na jakieś niepochlebne recenzje. Miał świadomość, że nie można tego uniknąć, jeśli chce się robić coś nowego, że trzeba umieć znieść krytykę. Mawiał, że awangarda nie zna litości i trzeba robić swoje. I to w jego przypadku zadziałało. Poza tym, kiedy szedł ulicą, to z daleka było widać, że nie jest to przedstawiciel szarego tłumu. Miał świadomość, że się naraża, ale ja bardzo lubiłam te jego stroje, bo to był urodzony artysta.

– Która piosenka Czesława Niemena charakteryzuje go najlepiej?
– Zależy w jakim okresie jego twórczości. Na pewno „Dziwny jest ten świat”, zwłaszcza na początku, kiedy przyjechał do Warszawy i czuł, że są ludzie, którym podoba się to, co on robi, którzy go rozumieją, ale jest też dużo ludzi, którzy go nie akceptują i nie chcą takiej muzyki. Czesław Niemen był zmienny w okresach swojej twórczości. Miał taki czas, kiedy szokował. Potem, kiedy polska publiczność go zaakceptowała, i z tego awangardzisty, którego nie wszyscy rozumieli, stał się w zasadzie ikoną.
– Już 21 lat nie ma z nami Czesława Niemena. Czas leci…
– Pamiętam, kiedy umarł… Wiedzieliśmy, że był chory, że się leczy. Ale uwierzyć w to, że nie ma z nami Czesława było straszne. Umarł, ale Niemena nikt nie wymaże z historii polskiej muzyki. On zawsze robił w muzyce to, co chciał…
foto: Muzeum Czesława Niemena w Starych Wasiliszkach
